Casino Fear (one-shot)

Statystyczne studio nagraniowe, udekorowane na Halloween. Na stole są: trzy, małe dynie, miska z okolicznościowymi cukierkami oraz szklanka czerwonego płynu (woda z sokiem malinowym). Regały, framuga i okna są obwieszone girlandami w kształcie nietoperzy i duchów. W pomieszczeniu słychać złowróżbną muzykę organową, ale to tylko dźwięki odtwarzane z winyla. Nagle chuda, blada dłoń z rubinowym pierścieniem wyłącza gramofon.

Eliza (mocno umalowana, prawie że efekt pandy, odziana w czarną, obcisłą suknię z wysokim kołnierzem; mówi sennym głosem): Witajcie, śmiertelnicy.

Kara (zniesmaczona): Właśnie skopałaś dzieło Elwiry Van Diesel.

Aga (równie zniesmaczona, ćmiąc fajkę): Skopałaś i zamiotłaś pod dywan.

El. (urażona): A wy niby zrobiłybyście to lepiej?!

A: A czy ja wyglądam jak Quentin Tarantino?

K: Albo Tim Burton?

El.: Nie znam ludzi.

K: Żałuj, waćpanna.

A: Drodzy czytelnicy zorganizowałyśmy tę audycję, by specjalnie na Halloween opowiedzieć wam paranormalną historię, która zmrozi wam krew w żyłach. I wydarzyła się rok temu. Oto i…

——————–

Gdzieś w Polsce, dwie dziewczyny o dość groźnym wyglądzie człapały przez las z analogowymi latarniami w rękach i plecakami na grzbietach. Jedna miała koszulkę z Wolverinem, a druga z napisem „Sarcasm is loading: 80%”. Obie miały wyznaczony cel.

- Jak myślisz, Aga? – fanka Wolverina zatrzymała się, by poczekać na swoją koleżankę, która się zasapała i musiała oprzeć o drzewo. Obie miały na plecach torby wypchane tajemniczym „towarem” – Dadzą się tu zawlec?

- Jak nie pójdą po dobroci, sama ich zawlokę – odparła ponuro Sarkazm, ignorując fakt, że drobne bicepsy od targania drewna na opał mogą nie wystarczyć do takiego ciężaru. – Zobaczysz, Kara. To będzie najlepsza akcja w naszej karierze.

- Skoro tak uważasz – Kara poklepała Agę po plecach i ruszyły w dalszą drogę.

————————–

101_08881

W głębi dzikiego lasu stało opuszczone kasyno wzorowane trochę na tradycyjnym, polskim dworku. Dziewczyny przeskoczyły przez ogrodzenie i zakradły się do środka. Podłoga była niepewna, a w suficie ziały straszliwe dziury. To była, niestety, ruina. Ale są przecież różne sposoby, czyż nie?

- No dobra… – Aga wyjęła zza kurtki różdżkę i razem z Karą wymruczały jakąś formułkę. Gdy czubki różdżek zaczęły emitować żółte światło, dziewczyny zaczęły nimi kreślić „leniwe ósemki”. Po dziesięciu minutach wnętrze budynku wyglądało jak nowe.

Mając tę kwestię z głowy, Kara i Aga wydobyły z plecaków jakieś luźne kartki i karafki z podejrzanymi płynami. Uśmiechnęły się do siebie złośliwie, zatarły ręce i wzięły się za dalszą robotę.

Następnego ranka w świat poszły zaproszenia…

—————————

Tydzień później…

Galleth właśnie przymierzał nową koszulę, gdy za jego plecami pojawiła się wykrzywiona maszkara z rozcapierzonymi szponami.

- Cześć, Krzysiek – westchnął Galleth poprawiając mankiety.

- A niech cię licho! – warknął gniewnie Galecki przestając pozować na tradycyjnego wilkołaka. – I Taylora Lautner’a też!

- Nie narzekaj – do pokoju weszła wysoka dziewczyna w tradycyjnym stroju mariachi, granatowym z srebrnymi haftami. Granatowe włosy zaplotła w prosty warkocz. Jej uszy zdobiły srebrne kolczyki-kółka.

- Ercia! – Galleth uśmiechnął się z zachwytem i przyklepał ciemnobrązową czuprynę – Wyglądasz wspaniale, mi corazón.

Gracias - Eris skłoniła się elegancko i wyjęła z kieszeni szkarłatną kopertę z imieniem i nazwiskiem adresata – Wy też dostaliście zaproszenia?

- Tia – Krzysiek i Galleth pokazali identyczne listy – Ciekawe, co szefowe znowu wymyśliły, hę?

- Ciekawe – potwierdziła niebieskowłosa i nagle spojrzała jakoś dziwnie na „Galca” – Krzysiuniek, gdzie twoje spodnie?

——————————

Filip i Eliza przedzierali się przez las, z latarniami w dłoniach. Elka miała na sobie tradycyjny strój czarownicy, a Fifi narzucił na siebie białe prześcieradło z otworami na oczy.

- Co one sobie myślą? – piekliła się szatynka przechodząc nad paskudną kępą pokrzyw – Impreza w środku lasu?

- Mają plan – mruknął Filip uważając, by nie zaplątać się w prześcieradło. – Znamy je nie od dziś. Pamiętasz akcję na rocznicę premiery Vabanku? Nim się zorientowaliśmy, kuliśmy dziury w jakimś kominie!

Ty kułeś, ja nie wiedziałam co się z tobą dzieje – Elka wyjęła z kieszeni peleryny mapę okolicy i poświeciła – Masz kompas?

- Daj mi chwilkę – poprosił niebieskowłosy i zaczął grzebać w kieszeniach. W końcu znalazł. Marynarz bez kompasu to jak śpiewak bez słuchu – Północ jest tam, w stronę tej koloni grzybów. W mordę, tylu muchomorów w życiu nie widziałem! Można by wytruć wszystkie muchy w kraju!

- Czyli musimy iść w tym kierunku – westchnęła Eliza wskazując trujące grzyby. Za kolonią muchomorów, las zrobił się jakby bardziej mroczny. Między drzewami krążyły błędne ogniki, ale szkarłatne, o złośliwych uśmieszkach. Przybyło pajęczyn lśniących w blasku Krwawego Księżyca, trujących, czarnych grzybów i woni zgnilizny. Nastolatki spojrzały na siebie ponuro.

To był ostatni raz, ostatni pomysł szefowych!

Nagle jeden z krzewów obok nich zaszeleścił. Filip sięgnął po szablę ukrytą pod prześcieradłem. Eliza ukryła się za chłopakiem. Oboje trzęśli się jak osiki. Wtedy spomiędzy liści wyłonili się Eris, Terra, Krzysiek i Galleth. Wyglądali na skrajnie zaskoczonych.

- A mówiłem wam, żeby za tą porzuconą amboną skręcić w lewo! – krzyknął triumfująco Galleth wyciągając zza pazuchy mapę okolicy.

- Nie ufam mężczyźnie z mapą – odparła Eris wyciągając gałązkę z ronda kapelusza – Nawet tobie, słonko.

- Co tu robicie? – Filip uniósł brew.

- Szefowe zaprosiły nas na jakąś popijawę w lesie – Krzysiek pokazał zaproszenie.

- Wy też?! – Eliza osłupiała – Serio? Już się boję, co to będzie akcja!

- Wiesz, że te purchawki po twojej lewej wydzielają zarodniki, które zapychają drogi oddechowe? – warknęła Terra podwijając rękawy kurtki.

- Ludzie, spokojnie! – Galecki odgrodził walczące strony – To nie Noc Oczyszczenia!

- A szkoda – burknęła Eris stukając szponami o ostrze navaji [hiszpański, składany nóż].

- Ekhm, ludzie – wtrącił się Filip wyciągając coś z kieszeni – Powinniście to zobaczyć.

- Co zobaczyć? – Galleth uniósł brew i wtedy wszyscy zobaczyli o czym mówił młody pirat.

Na dłoni Filipa leżał naszyjnik z niebieskim kryształkiem. Klejnot pulsował i wibrował. Szkarłatne ogniki zasyczały z odrazą czując tę energię.

- Przewodnik – mruknęła Eris opierając się o drzewo – Ciekawe, że szefowe podarowały takie cacko akurat tobie.

- Może wierzyły w naszą zdolność do orientacji w terenie? – zachichotał młody kapitan.

- Możliwe – Galleth schował mapę – To co, idziemy?

- Yyyy… Ludzie! – wykrztusiła Eris, próbując się odkleić od pnia sosny. Cuchnąca żywica ją unieruchomiła. – Mam tu mały zgryz…

————————

To był drzewiec. Cholerny, ociekający czarną żywicą i plujący płonącymi szyszkami drzewiec! Na szczęście udało się odkleić Eris od jego nogi, nim potwór uznał za stosowne ją zeżreć. Nie mogli go podpalić, nie ryzykując pożaru całego lasu (już i tak wystarczająco podpadli leśniczemu). Musieli walczyć wręcz.

- Cholerne paskudztwo! – ryknął Galleth wyciągając spod marynarki… siekierę! Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni – No co? Szpadę zgubiłem!

I rzucił się na drzewca z wrzaskiem. Filip dobył swojej szabli i także wziął się za rąbanie. Galecki, Terra i Eris wyjęli pistolety, wycelowali i zaczęli strzelać, aż drzazgi poszły. Eliza zaś schowała się w paprociach.

W pewnym momencie rąbanki, drzewiec stracił cierpliwość i uderzył Galletha w bok. Szop upadł na ziemię, próbując zatamować krwotok palcami. Krzyś rzucił się koledze na pomoc, ale zarobił od potwora w brzuch. Wtedy rozpętało się piekło…

Żywiołaki są bardzo przywiązane do swoich towarzyszy. Logiczne, że Eris i Terra się wkurzyły. Na ciele rudej pojawiły się spękania, a skóra niebieskowłosej pokryła się szronem. Po chwili, na ściółce leśnej stały Blizzard i Eruption- istoty zbudowane z żywiołów i sterowane umysłami Eris i Terr. Filip, z czystej przezorności, cofnął się, a błędne ogniki, dotychczas kibicujące drzewcowi, dały drapaka w mrok. Nie ma głupich, zostają tylko wariaci.

Prawa dłoń Blizzard zamieniła się w ostrze kosy i Żywiołaczka zaatakowała nogę drzewca, odłupując spory kawałek drewna. Potwór zaryczał z bólu i zaskoczenia. Co do jasnej?! Śmiertelnicy ośmielili się go zranić?!

Pod stopami Eruption pojawił się słup ognia, który podniósł ją trzy metry w górę, a ona otworzyła usta (a raczej szczelinę na twarzy) i chuchnęła gorącym powietrzem na igły. Drzewiec stanął w płomieniach.

Chyba mu za ciepło - wymamrotała sennym, nieco bulgoczącym głosem Eruption.

Pomogę mu - głos Blizzard był jeszcze gorszy. Zimny, bezduszny. Na potwora spadł deszcz lodowych odłamków. Po chwili stwór już nie żył.

- Teraz to Szkieleton da nam popalić – mruknął Krzysiek wspominając ostatnią wizytę dyniowego króla, spowodowaną ostrzelaniem leśnego licha przez dziewczyny.

- No niech spróbuje – Terra zarechotała strzepując z siebie resztki magmy – Znowu urwę mu szczękę.

- Lepiej wam? – spytał podejrzliwie Galleth łypiąc na Żywiołaczki.

- Nam?! – Eris osłupiała – To ty krwawisz, cholera!

I zaatakowała go, uzbrojona w lekarstwo, żyłkę wędkarską i haczyk do ryb. Reszta uprzejmie się odwróciła.

—————————-

- Nie podoba mi się to – mruknęła Aga stukając obcasem o deski werandy. Lustrowała ścianę drzew z niepokojem.

- O co chodzi? – Kara wystawiła głowę na zewnątrz. W środku już bawili się ludzie przy dźwiękach muzyki.

- Nie ma ich. Tylko ich. Może natknęli się na coś? – Agnieszka wbiła ręce w kieszenie. Ciągle słyszała jakieś pomrukiwania z lasu – Dobra, idę!

- No, na pewno nie sama, pannico, która świruje na dźwięk słowa „Psychoza”! – roześmiała się druga pisarka łapiąc prochowiec i latarkę – Idziemy we dwie!

I tak dwie pisarki ruszyły do lasu, uzbrojone w mrugające latarki i ciężkie glany.

————————

PknTphD

Kierując się światłem emitowanym przez wisiorek Filipa wyszli z lasu i dotarli na pole dyń. Dynie i korbole były wszędzie, a najmniejsze sięgały Erci i Terze do kolan. Między pomarańczowymi kulami krążyły myszy i inne polne gryzonie. Całą scenerię oświetlał księżyc w pełni.

- Choroba – Eris zarzuciła sobie Galletha na plecy i ruszyła przed siebie, stawiając bardzo długie kroki.

- Powinno być na odwrót – burknął szop z niezadowoleniem.

- Jak coś mnie kiedyś pokiereszuje to możesz mnie nieść przez całą kulę ziemską jeśli wola, ale na razie to moja robota – to ucięło dyskusje.

Dyń przybywało i coraz trudniej się szło. Wędrowcy musieli wyżej podnosić nogi. Eliza w końcu się zasapała i wskoczyła oblubieńcowi na plecy. Filip stęknął pod jej ciężarem (całe 55,5 kilo, przeciwko jego 52 ~od autorki: na moją obronę, dziewczyny, ja sama ważę 55 kg, a w mojej klasie są chłopaki lżejsze ode mnie!) i zapadł się po łydki w błoto.

- O kurrr… rczę – wymamrotał chłopak, próbując wydostać się z pułapki. Błocko przypominało gumę i nie chciało puścić.

- Chwila, zaraz ci pomogę – Eris zdjęła z siebie Galletha z pleców i wyciągnęła rękę do Filipa. – Wyskocz z butów.

Młody kapitan zacisnął zęby i wyskoczył z obuwia, prosto w ramiona Żywiołaczki, niestety wciąż z Elizą. Cała trójka runęła na jedną z większych dyń. Pomarańczowa papka była wszędzie.

- Jak śliwki w kompot – zarechotała Terra, a Eris pacnęła ją w nogę. – No co?

- No nic – Ercia wyszczerzyła się nieco złośliwie i wstała, wpychając Elkę głębiej w dyniową maź, co zaowocowało głośniejszymi piskami. Filip pomógł swojej połowicy wydostać się z tego bagna.

- Możemy już iść? – spytał niespokojnie Krzysiek – Nie podoba mi się ten księżyc.

- Witaj w klubie – mruknął Galleth. Ciężkie, czarne chmury na chwilę przesłoniły satelitę Ziemi. Wtedy w mroku rozbłysły czerwone oczy i zębate uśmiechy. Gdy chmury odpłynęły księżyc był czerwony jak krew, a całą bandę otaczały stwory zbudowane dyń i zielonych, kolczastych pnączy. Wszystkie szczerzyły się złośliwie.

- O w mordę – zaklęła Eris.

- CHODU!!! – Galleth wykazał się największą przytomnością umysłu. Wszyscy rzucili się do ucieczki. Szkoda, że każdy w inną stronę.

Filip biegł trochę jak indyk bez głowy- na oślep, w totalnej panice. Bosy pędził w dół zbocza przeklinając pod nosem pomysły szefowych; to było sto razy gorsze niż utknięcie w ciemnym kominie. Ostatni raz dał się w coś takiego wrobić!

Nagle potknął się o wystający korzeń i runął głową do przodu, prosto w krzaki jeżyn. Małe kolce szarpały mu ubranie, włosy i cięły skórę. Chłopak próbował się wyplątać, ale łodygi trzymały mocno.

- Do kaduka – syknął gniewnie i wtedy na polu rozległy się dwa straszliwe huki.

——————–

- Całkiem przypadkowo masz przy sobie strzelbę i pociski z żywicą białego dębu, co? – skrzywiła się Terra opierając ręce na biodrach.

- Trzymałam ją na czarną godzinę – Eris ze spokojem zdmuchnęła smugę dymu sączącą się z lufy.

- Wszyscy cali? – Krzysiek rozejrzał się niepewnie.

- POMOCY!!! – piszczała Eliza, która znowu wylądowała w dyni. Człowiek-wilk westchnął ciężko i pomógł piratce wstać.

- Ktoś widział młodego? – Galleth zmarszczył czoło. Wszyscy zaczęli się rozglądać i okazjonalnie węszyć.

- Wow. Konkretna demolka – na wzgórze wdrapały się Kara i Aga – Szkoda, że bez nas.

- Jak nas znalazłyście? – Terra uniosła brew.

- Znalazłyśmy to co zostało z drzewca – Kara wzruszyła ramionami – A potem to już poszło z górki.

- Ładną trasę nam wybrałyście, nie ma co – prychnęła Eliza biorąc się pod boki.

- A jak skręciliście za amboną gajowego Maruchy? – Kara uśmiechnęła się szelmowsko. Zapadło długie milczenie. Ktoś kaszlnął z zakłopotaniem – No?

- W prawo – wyburczeli pechowcy lustrując swoje buty jakby wypatrzyli tam coś szalenie ciekawego.

- A trzeba było w lewo  - Aga wyjęła z kieszeni mapę – Serio, ludzie, grupka komandosów i piratów, a mapy nie umieją porządnie odczytać?! Zara, moment – zmrużyła oczy – Gdzie Filip?

- No, a propo tego „z górki” – Galleth podrapał się po karku i wskazał miotający się i klnący wniebogłosy krzak jeżyn. Eris zmarszczyła brwi i pobiegła w dół zbocza.

————————–

Filip domyślił się, że to Eris go wyplątuje z krzaków. Poczuł woń bimbiru eukaliptusowego i tanich papierosów. I tylko jedna znana mu osoba używała skrzyżowania noża bojowego z maczetą do takich zadań.

- Cały jesteś, dzieciaku? – niebieskowłosa pomogła mu wstać. Galleth prychnął i przewrócił oczami.

- Na oko wszystko jest na miejscu – Filip otrzepał się – O, witam szefowe!

Aga zarumieniła się lekko (stara miłość nie rdzewieje, nie?), a Kara wyszczerzyła zęby. Eliza zmrużyła złowrogo oczy.

Cała grupa pozbierała się i ruszyła do kasyna. W końcu mieli imprezę, nie?

———————-

Tworząc wystrój szefowe przeszły siebie. Po całym dworku latały nietoperze, przy podłodze snuła się szara mgła, z sufitu zwisały pajęczyny, a tu i ówdzie leżały dyniowe lampiony i kociołki (jeśli miałaś/eś szczęście były tam cukierki, jeśli nie- jakieś mackowate stwory).

Nowo-przybyli zostali opatrzeni przez punkt pierwszej pomocy, dostali świeże ubrania i dołączyli do zabawy. Oczywiście byli bardziej powściągliwi niż reszta imprezowiczów, ale nikomu to nie przeszkadzało. DJ Lantern dawał czadu, Sławek rozłożył stoisko skupu dusz, a Betrayus latał pod sufitem i czasem pikował ku gościom z dzikim wrzaskiem, chlapiąc ektoplazmą na lewo i prawo.

Galleth zaprosił Eris do tańca, a zaraz potem wdał się w bójkę z Zenigatą i Sacharyną, bo próbowali mu odbić dziewczynę. W związku z powyższym Ercia wzięła gitarę i dała kilka występów na żywo. Terra siadła przy jednym ze stolików i już po chwili ustawiła się do niej kolejka chętnych do pobicia ją w piciu. Oczywiście, wszyscy byli bez szans. Krzysiek natomiast wpadł na kilku kolegów po fachu i wdał się z nimi w dyskusję na tematy naukowe. Szefowe gdzieś się rozpłynęły. Eliza znalazła jakieś swoje „psiapsióły” i kompletnie zapomniała o Filipie. Zirytowany tym chłopak podszedł do baru, zamówił drinka i tak siedział nadąsany.

- Cukierek, albo psikus – rozległ się głos Tytusa. Zaskoczony Filip zobaczył postać odzianą w białe prześcieradło, zupełnie jak on – Co pijesz?

- Rum z colą – odparł Filip, starając się ignorować fakt, że krople musującego trunku wypalają dziury w ladzie.

- Okej – Tytus raczej tego nie kupił – To jak? Cukierek, czy psikus?

- Nic nie mam – oznajmił twardo niebieskowłosy, splatając ręce na piersi.

- No to psikus – rudy wzruszył ramionami… i pocałował Filipa w usta.

Wzięty z zaskoczenia chłopak zamarł i z odrętwienia wyrwał go dopiero wrzask Elizy i kilka chichotów.

- Ech, ci marynarze – zażartowała Eris wznosząc prześmiewczy toast – Zostawisz takiego na środku morza i wraca z facetem.

Rozrywką wieczoru było ukrywanie Filipa i Tytusa przed Elizą i jej braćmi, którzy ścigali ich po całym dworku.

————————–

W studiu śmiech, tylko Eliza patrzy na dwie pisarki z jawną niechęcią. Stuka paznokciami o blat i mruży groźnie oczy.

El: I co jest niby w tym strasznego?

K: Fakt, że się na to wzięłaś.

Chwilę potem; Czubek jakiegoś drzewa, pod którym koczuje Eliza z siekierą.

A: A mówiłam, że to kiepski pomysł.

K: Zmierzchowa… To ja ci to mówiłam.

Aga krzywi się, bo wie, że Kara ma rację. A potem nerwowo spogląda w las, bo usłyszała jakieś dziwne dźwięki.

KONIEC (a przynajmniej do kolejnego Halloween)

——————-

Słaba puenta, przyznaję… Ale na nic lepszego nie wpadłam.

Tytuł inspirowany „Casino Royal”. Stare opowiadanie, nieco tylko przerobione.

Małe propozycje filmowe na Jesień:




http://www.cda.pl/video/720742d9


http://www.cda.pl/video/63777240
 (ostrzegam, tak głupie, że aż fajne)

7. W górach

Agnieszka otworzyła oczy z pewnym trudem. Wszystko było zamazane. Kręciło jej się w głowie jak po karuzeli, nakręconej przez jednego z futbolistów z jej klasy. Rany Boskie, co do jasnej? Czuła woń skóry i, ble, kolońskiej! Co faceci mają z tym paskudztwem?!

Dziewczyna zamrugała i wyjrzała przez okno. I zaraz tego pożałowała. To były góry. Polskie, ośnieżone góry. Cholerna Szklarska Poręba!

- Kuźwa – szepnęła z szeroko otwartymi oczami – W co ja do cholery ciężkiej wpakowałam?

- W kłopoty – odparł kierowca obserwując swoich więźniów w lusterku. Miał zimne, szare oczy – Twoi narysowani kumple też.

Aga spojrzała w bok. Tytus spał z głową opartą o okno i obśliniał szybę. Pomiędzy nimi leżała sportowa torba, w której zapewne byli Skipper i Marlenka.

- Pan jest z CBŚ, czy z CIA? – dziewczyna miała nadzieję, że facet okaże się na tyle rozmowny, że uda jej się coś z tego wszystkiego zrozumieć.

- Stul dziób, albo cię zaknebluję – zagroził porywacz pokazując jej rolkę taśmy izolacyjnej. To by było na tyle jeśli chodzi o wydobywanie informacji.

Nie wiedziała jak długo jechali, ale ścierpły jej ramiona i zrobiła się senna. Ocknęła się, gdy auto gwałtownie zahamowało i usłyszała trzask odbezpieczonego pistoletu. Cholera, ten świr chce nas powystrzelać!, Aga była teraz naprawdę przerażona.

Wtedy coś ciężkiego i wściekłego wskoczyło na maskę auta i zaatakowało przednią szybę. Porywacz krzyknął i wystrzelił. Krew bryzgnęła na okno, a ciało zsunęło się z maski. To był początek cholernego piekła.

Z lasu wyłoniły się irbisy (~od autorki: irbis to inna nazwa pantery śnieżnej. Wierzę w waszą inteligencję, ale znam ludzi, którzy nie wiedzą czegoś takiego). Szturmowały auto, drapały karoserię i ryczały gniewnie. Przerażony mężczyzna wcisnął gaz do dechy i ruszył z piskiem opon, taranując kilka panter.

- Skąd one się wzięły?! – Agnieszka wytrzeszczyła oczy. Facet nie zdążył odpowiedzieć, bo czyjś ciężki but kopnął go w potylicę. Tytus szybko złapał kierownicę i władował wóz w drzewo.

- Cała jesteś? – Tytus uwolnił Agę z więzów i pomógł jej się uwolnić z pasów.

- Spoko – wychrypiała dziewczyna i sprawdziła torbę. Jak na komendę, wyskoczył z stamtąd Skipper i zaatakował kierowcę, nie przejmując się zbytnio faktem, że delikwent jest już nieprzytomny – To co robimy?

- Mam pomysł – rudy uśmiechnął się naprawdę wrednie.

 

Ponieważ pantery dopiero co zdołały się przegrupować i ruszyć w pogoń, Agnieszka, Tytus, Marlenka i Skipper przywiązali porywacza do fotela, używając taśmy klejącej, złapali dwie ciężkie torby z zamiarem ich późniejszego przeszukania.

- Możemy go tak zostawić? – Marlenka spojrzała niepewnie na swoich towarzyszy. Irbisy

- Uwierz mi, ludzie umieją wymyślić gorsze sposoby zabijania – prychnął Skipper i uciekinierzy zostawili porywacza panterom.

6. Oswajanie się cz. 2

Filip otworzył swoje szmaragdowe oczy. Widział tylko oślepiającą biel. Chciał zasłonić oczy ręką, ale jego nadgarstki były mocno przywiązane do podłokietników skórzanego fotela. Podobnie jak nogi. Jego głowa także była unieruchomiona. Chłopak zbladł. Zaczął się szamotać. Chciał się jak najszybciej uwolnić.

- Spokojnie, chłopcze – rzekł aksamitny głos z mroku – Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.

- Mam o tym inne zdanie – burknął Filip zaciskając dłonie w pięści. – Rozwiąż mnie.

- Wszystko w swoim czasie, Filipie – ciepła dłoń dotknęła jego policzka. W mroku zalśniła para złotych, hipnotyzujących oczu – Mam do ciebie prośbę.

 

Następnego ranka, Agnieszka obudziła się o szóstej rano. Ubrała jedną ze swoich ulubionych koszulek, dżinsy i poczłapała do pracowni, gdzie spał Tytus, w śpiworze, ukryty pod biurkiem ojca. Aga lekko nim potrząsnęła. Nic. Potrząsnęła trochę mocniej. Nadal zero reakcji. Pacnęła go w policzek. Klapa.

- Twardy sen, co? – mruknęła pod nosem, po czym zdjęła z biurka słuchawki i nałożyła na uszy Tytusa. Nawet nie poczuł. Podłączyła kabel do swojego telefonu i włączyła swoją ulubioną piosenkę.

- AAAAAARRRGH!!! – zaskrzeczał Tytus, gdy „Adrenaline” zespołu Shinedown zaatakowała jego uszy. Wtedy Aga wyłączyła muzykę.

- Wstawaj, Tytek – powiedziała splatając ręce na piersi – Musimy wykombinować jakieś dobre wytłumaczenie dla twojej obecności. I nie jęcz! Jakbym ci puściła AC/DC to byś miał powody do jęczenia.

- Zawsze jesteś taka złośliwa? – skrzywił się Tytus zakładając kurtkę.

- Tylko w wtorki – Aga wyszczerzyła się. W kuchni już czekali Skipper i Marlenka. Wyjadali płatki ze słoika i popijali mlekiem.

- Okej, ludzie. Wy dwoje musicie ukryć się przed moją babcią i bracholem. Żadnego pacyfikowania, proszę. Tytus, ty będziesz udawał mojego kolegę z Poznania. Przyjechałeś pomóc mi z opowiadaniem.

- A jak zacznie wypytywać mnie o szczegóły? – zapytał niespokojnie rudzielec. Był kiepski w wymyślaniu opowiadań. Paradoksalnie umiał nieźle kłamać.

- Zmyślaj! Ponoć jesteś w tym niezły! – warknęła zirytowana – Zaraz wracam.

- A gdzie się wybierasz? – Tytus i Skipper spytali w tej samej chwili.

- Na zakupy – odparła chłodno Agnieszka zakładając słuchawki na uszy.

 

Connect the space between.
Let it be enough to reach the truth that lies
across this new divide!*

Pedałowała bardzo szybko. Adrenalina krążyła w jej żyłach. Gdy kupiła potrzebne produkty, Agnieszka chciała zdążyć do domu jak najszybciej. Wolała nie zastać mieszkania w stanie totalnego chaosu. Dobrze, że umiała szybko jeździć, bo Tytus wkroczył na ścieżkę wojenną z jej bratem.

- Coś ty sobie myślał?! – warczała, wyładowując naczynia ze zmywarki – Franek ma 12 lat, do cholery!

- Ale to on zaczął! Nazwał mnie dziewczyną! – odwarknął Tytus. Był cały czerwony na twarzy.

- Nie dziwię mu się – burknęła Agnieszka ładując talerze. – Z takimi długimi kudłami, to ty możesz tylko dredy zapleść, żeby cię nie pomylili.

- Tak?! – ryknął rudy wyrywając jej jeden z talerzy i z furią tłukąc go na posadzce.

- Pieprznęło cię?! – wrzasnęła uderzając go w głowę ręcznikiem – Nie dziwię się, że nikt cię nie lubi, baranie!

- Ty mała…! – Tytus mocno popchnął ją i przyparł do blatu – Daj mi jeden powód, żebym teraz nie podciął ci gardła!

- Dzieciaki… – westchnął jakiś głos.

Para nastolatków spojrzała w tym kierunku. To był jakiś facet w garniaku i z maską przeciwgazową. W dłoni trzymał dymiący granat. Gaz usypiający, zdążyła pomyśleć Aga nim zemdlała.

—————

Powiedźcie mi, mam pisać to dalej, czy znów pisać o pingwinach?

5. Oswajanie się cz. 1

Mam wrażenie, że dotychczas było nudno, więc obiecuję, że wkrótce akcja się rozkręci. I ten rozdział będzie trochę dłuższy.

=====================

Nie mogłam w to uwierzyć. To musiał być jakiś żart, złudzenie optyczne. Ale ta twarz, te złoto-rude włosy… Tylko ubranie inne. Bojówki i kurtka w kolorze khaki, czarny T-shirt, bandana w panterkę i czarne wojskowe buty za kostkę.

- Znasz mnie? – Tytus złapał mnie za ramiona, wcale nie przejmując się, że jestem „uzbrojona” – Znasz?!

- W pewnym sensie… – wymamrotałam. Miałam mętlik w głowie.

- A ja znam ciebie – szeptał rudzielec – Agnieszka, tak? Mignęłaś mi tylko w tłumie, a ja już wiedziałem… Chciałem z tobą porozmawiać, ale zniknęłaś. Jakiś facet mi pomógł. Ja… nie wiem co ze sobą zrobić.

- Okej, okej – poklepałam go plecach – Spokojnie, stary. Coś wymyślimy.

Choroba, sama nie miałam bladego pojęcia co z tym fantem począć. Marlenka, Skipper i Tytus, tutaj, pod moim dachem. Boże, ratuj.

 

Tytus, Marlenka i Skipper nie najlepiej przyjęli wieści, że są fikcyjni. Nie chcieli jej wierzyć, nawet gdy Aga pokazała im fotosy z seriali. Skipper stwierdził, że to robota rządu i ich kamer szpiegowskich (i z miejsca zaczął nazywać Agnieszkę szpiegiem). Tytus go poparł, chociaż nie miał bladego pojęcia co to jest kamera. Marlenka kręciła głową z niedowierzaniem. To musiał być jakiś zły sen.

- Ja wiem jak to brzmi – Aga rozmasowała sobie czoło – Ale takie są fakty i ja nic na to nie poradzę. Tutaj jesteście fikcyjni.

- Musimy jakoś wrócić do domu; chłopaki pewnie świrują z niepokoju – Marlenka kręciła się w kółko po łóżku. Zawsze tak robiła, gdy była zestresowana. Skipper podzielał jej obawy, ale nie dał tego po sobie poznać.

- Chcę wam pomóc, ale nie mam żadnego teleportera – dziewczyna splotła ręce na piersi – Coś takiego nie ma szans powstać przez najbliższe tysiąc lat. Na oko.

- Kowalski zmontował takie ustrojstwo w miesiąc – komandos parsknął śmiechem – A wy, Władcy Świata nie możecie zmontować czegoś takiego przez najbliższe tysiąc lat? Błagam.

- Kowalski jest wyjątkowy – przypomniała Agnieszka – Ja z fizyki mam ledwie tróję. Nie zmontuję ci komputera z pudełka po chińszczyźnie i sprężyny!

- I pustej puszki po szprotach – dodała wyderka. Cała trójka parsknęła śmiechem.

 

Tytus

Nie czułem się tu dobrze. Byłem tu obcy. Oni coś mówili,  a ja nic nie rozumiałem. Chciałem wrócić do domu, nawet jeśli nikt za mną nie tęsknił. Wsunąłem rękę do kieszeni i zacisnąłem palce na złotym dysku. Po tym jak mnie przeniosło, klejnoty zniknęły, a powierzchnia pokryła się czarną patyną. Bezwartościowy szmelc.

Musiałem się trzymać z tą całą Agnieszką i dwoma gadającymi zwierzakami, by wrócić. Cudnie.

===================

Portret Tytusa z serialu Potwory i Piraci:

L3wmTH3XpNA

4. Kolejne komplikacje

Tymczasem, u Pingwinów…

Kowalski był załamany. Wyekspediował szefa i Marlenkę niewiadomo gdzie, a na dodatek popsuł maszynę, która mogłaby ściągnąć ich z powrotem. Był koszmarnym wynalazcą i jeszcze gorszym przyjacielem.

- Kowalski, lepiej coś wymyślcie i lepiej coś wymyślcie zaraz – Majka automatycznie weszła w rolę lidera.

- Nie mogę – jęknął naukowiec drżąc – Mam pustkę w głowie.

Ukrył twarz w skrzydłach i zaczął niekontrolowanie szlochać. Lila objęła go i zaczęła kiwać się z nim w objęciach w tył i przód. To zawsze uspokajało go w chwilach kryzysu.

- O rany – wychrypiał Rico, robiąc facepalm.

- No dobra – Maja wzięła Szeregowego i psychopatę na stronę – Mamy geniusza w kryzysie intelektualno-emocjonalnym i rozwaloną maszynkę, której nie umiemy naprawić. Jakieś pomysły?

 

W domu, Aga wypuściła Skippera i Marlenę z torby. Nie wyglądali na zachwyconych tą formą podróżowania.

- Nigdy więcej – burknął komandos, masując sobie krzyż.

- Przepraszam, nie przewidziałam transportowania pingwina i wydry – Aga zrobiła miejsce na łóżku. Dzieliła pokój z bratem i jej część była zawalona książkami, komiksami o Hellboyu, gazetami typu Fantastyka i National Geographic oraz rozmaitymi klunkrami* – Zjecie coś? Z góry uprzedzam, że nie mamy ryb.

- A co jest? – Skipper ożywił się. Był głodny jak wilk.

- Spaghetti, pizza… – dziewczyna zaczęła wyliczać na palcach.

- Pizza może być – uciął dowódca komandosów.

Gdy Agnieszka wyszła z pokoju, Marlenka pacnęła Skippera w ramię.

- Mógłbyś być milszy – warknęła – Agnieszka chce nam pomóc, a ty warczysz na nią przez cały czas!

- To może być jakiś szpieg! – odparł Skipp, splatając skrzydła na piersi – Albo osóbka pokroju Wezuwiuszy!

- Twoja paranoja to przekleństwo tego świata – westchnęła wydra masując sobie brew – Minimum zaufania.

- Ona nie jest moją bratanicą!

- Na Majkę też jechałeś!

 

Cieszyłam się, że rodzice wyjechali na tydzień do Włoch z wykładami. Przed babcią i bracholem łatwiej ukryć obecność dwóch postaci z mojego ulubionego serialu animowanego.

Gdy odgrzewałam pizzę dla moich gości, usłyszałam, że Franek (mój brat) ogląda jakiś odcinek SWR** z Inkwizytorem.

Spróbowałam wyobrazić sobie Inkwizytora na miejscu Skippera i Marlenki. Zgroza. Fajna postać, ale strach na takiego kolesia wpaść w ciemnym zaułku.

Nagle usłyszałam zgrzytanie przy drzwiach wejściowych i to na pewno nie był klucz. Cholera, jakiś włamywacz!

Kazałam Frankowi ściszyć telewizor, a sama zabrałam z pracowni rodziców pistolet. Był pneumatyczny; na plastikowe kulki, ale wątpiłam, czy złodziej będzie chciał to sprawdzić.

Był w przedpokoju. Bez namysłu wyskoczyłam z mieszkania i wycelowałam w niego „broń”.

- Łapy do góry! – ryknęłam i osłupiałam na widok włamywacza – Tytus?!

 

*Klunkry- w gwarze Poznańskiej rzeczy, bibeloty.

** Star Wars Rebels

3. Sojusznicy

Skipper

Coś tu nie grało. I to mocno. Marlenka i ja byliśmy w kinie, w sali pełnym człowieków, a jeden (właściwie jedna) gapił się prosto na nas. Miała brązowe włosy spięte w kitkę, nieco niezdrowo bladą skórę, dżinsy z łańcuchem na biodrze i koszulkę z Linkin Park.

- Co do jasnej…?! – wykrztusiła – Z rozpaczy mam zwidy i Skilene widzę?

- Yyyy… Ona wie kim jesteśmy? – Marlenka spojrzała na mnie niespokojnie.

- Wy mówicie?! – dziewczyna weszła w zaawansowane stadium zdziwienia – O matko, to na pewno sen.

Trąciła mnie w brzuch, a Marlenkę pogłaskała po karku. Sądząc po jej wyrazie twarzy, stwierdziła, że to jednak nie sen. Nagle capnęła nas za karki i wsadziła do plecaka. Utknęliśmy między butelką soku, a zeszytem.

- Ej ty, ludziowata! – wrzasnąłem – Wypuść nas, bo…!

- Cicho! – syknęła – Ludzie się gapią.

No tak. Już jeden ludź to problem, ale cała sala kinowa? Katastrofa. Komandos (i jego dziewczyna, naturalnie) powinien być niewidzialny. Jak duch albo wiatr. Byliśmy na nieznanym terenie. A to oznaczało, że musimy zaufać tej dziewczynie.

 

Agnieszka

Jeszcze nigdy nie zdarzyła mi się żadna chora akcja. Nie chodzę na imprezy, jestem kiepskim sportowcem. Cholera, nawet na żadnym koncercie rockowym nie byłam! Najdziksza akcja w całym moim życiu, to ta kiedy byłam w Chorwacji i wlazłam na teren szkoły, która była obok pola namiotowego.

Gdyby ktoś powiedziałby mi, że będę przemycać pingwina i wydrę, roześmiałabym mu się w twarz. Ale teraz naprawdę miałam pingwina i wydrę w plecaku i to nie byle kogo! Skippera i Marlenkę, no kto by pomyślał.

Poprosiłam ich o nie wydawanie dźwięków. Nie chciałam zwracać na siebie zbędnej uwagi.

Narrator

- A tak w ogóle, jak się nazywasz? – spytała wydra. Wolała wiedzieć z kim ma do czynienia i jak do niego mówić.

- Agnieszka – odparła dziewczyna, pakując obiad na drogę – Aga, jeśli wolicie.

- Ładne imię – wyderka uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Dzięki – Agnieszka odwzajemniła uśmiech – Słuchajcie mam parę zobowiązań, więc jeśli nie macie nic przeciwko, połazimy chwilę.

- Skoro się upierasz – burknął Skipper. Nowa sytuacja drażniła go. Cholera jasna, gorzej niż z Utajnionym i jego bandą!

 

Agnieszka

Lubię zakupy. Chyba, że chodzi o buty. Kupowania butów nie znoszę jak morowej zarazy. Płyty, książki, zestawy Lego, a nawet niektóre ciuchy.

Właśnie znalazłam The Haunting Party*, gdy komórka w mojej kieszeni zabrzęczała. To była babcia.

- Halo? – starałam się brzmieć spokojnie; Babcia jest kochana, ale czasem nieco wścibska.

- Wiesz, która godzina? – zawarczała. Łypnęłam na zegar. 18.00. Oj, niedobrze; PKS mi zwiał.

- Zaraz to naprawię. Wujek Piotr jest w Poznaniu? – chwyciłam się brzytwy.

- Jest – odpowiedziała babcia – Wracaj szybko, dobrze?

- Okej, okej – rozłączyłam się, szybko zapłaciłam za nowy nabytek i skontaktowałam się z wujem. Był po kwadransie. Dziwne, ale przez cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi.

 

* The Haunting Party- album Linkin Park.

2. Komplikacje

Jeszcze, jeszcze gdzie indziej…

Filip pędził korytarzami jaskini. Gonił Tytusa. Rudowłosy pirat zaciskał palce na amulecie w kształcie dysku z pięcioma klejnotami; jeden był pośrodku, a pozostałe cztery po bokach.

- Tytus, poddaj się! – ryknął Filip.

- Zapomnij, Fifi! – roześmiał się drwiąco Tytus wyciągając pistolet i celując w głowę rywala. Spudłował. Filip zdążył schować się za skałą.

- Tytus, proszę, nie chcę zrobić ci krzywdy! – Filip nie ustępował. Naprawdę  nie chciał skrzywdzić rudzielca.

- Doprawdy? To takie urocze – głos rudowłosego stał twardy i zimny jak stal – Ale trochę za późno, braciszku.

Nagle amulet w dłoni Tytusa rozbłysł tęczowym blaskiem. Ani rudzielec, ani Filip nie wiedzieli co się dzieje, ale obaj wyczuli, że to coś złego. Tytus zaczął krzyczeć z bólu. Filip podbiegł do niego i próbował wyrwać mu amulet, ale nie mógł. Złoty dysk jakby przykleił się do dłoni chłopaka. Nagle Filip poczuł palący ból w dłoni.

 

Z powrotem w Centrum Malta…

Aga siedziała na ławce przy kinie i czekała niecierpliwie na Patryka (czyli swojego prawie-chłopaka). Film miał się zaraz zacząć. Gdzie on do cholery jest?, myślała gniewnie. Nagle komórka zwibirowała. To był SMS od Patryka. Zachwycona otworzyła wiadomość i wszystko się w niej zagotowało.

Cześć, Aga. Sorki, że nie mogę przyjść, ale mam sporo na głowie. Innym razem. Pozdro, Patryk.

- Ty… Ty… Cholera jasna, tak dotrzymujesz słowa?! – wysyczała wściekła. Jeden z kręcących się nieopodal ochroniarzy łypnął na nią ze zdziwieniem – Przepraszam, mówiłam do siebie.

Z rezygnacją poszła na sale kinową. Kupiła już bilet, więc po co ma się marnować. Film był nawet fajny, ale Aga nie odnajdywała w oglądaniu przyjemności. Samemu zawsze jakoś mniej komfortowo.

Nagle poczuła, że coś ociera się o jej nogę. Coś małego. Ktoś przemycił do galerii psa?! Agnieszka schyliła się, by zobaczyć co to jest. I wtedy zobaczyła pingwina i wydrę.

 

Tytus doszedł do siebie na jakiejś ławce nieopodal jeziora. Był w nieswoich ciuchach i niektórzy ludzie dziwnie na niego spoglądali. Powietrze śmierdziało i zewsząd dochodził hałas. Budynki wyglądały jakby wykonano je ze szkła. Nigdzie nie było widać Filipa. Był w poważnych taraptach.

————————

Zakończenie takie sobie, ale postaram się to naprawić.

1. Wielki Dzień

Agnieszka

Zapowiadał się cudny dzień. Na niebie nie było ani jednej chmurki, w Poznaniu miało być ciepło, a ja wybierałam się do kina na „Jupiter: Intronizacja”. I to z chłopakiem! No dobra, to jeszcze nie związek, ale jest nadzieja!

Ekspresem ubrałam się, dopięłam łańcuch do spodni, złapałam torbę i kurtkę. W kuchni porwałam jabłko, cmoknęłam na pożegnanie rodziców, babcię i potwora (młodszego brata).

- Zadzwoń jak będziesz na miejscu – przypomniała mi mama – I uważaj po drodze!

- Spoko-loko! – odparłam i poleciałam na dworzec autobusowy. Po godzinie byłam w Centrum Malta.

 

Tymczasem, gdzie indziej…

- Na początek, chciałbym podziękować wszystkim tu obecnym za przybycie – Kowalski zaczął swoją prezentację od powitania. W jego labie była zgromadzona cała ferajna: Skipper, Szeregowy, Rico, Maja, Marlena i oczywiście, jego ukochana Lilka.

- Kowalski, mam nadzieję, że to będzie warte zachodu – burknął szef popijając kawę z łososiem – I przy okazji nie rozwali nam sufitu jak ostatnio. Co to było? Przypomnijcie mi, Szeregowy.

- Odkurzacz – odrzekł posłusznie najmłodszy członek ekipy.

- A pan K. miał go tylko odetkać – zarechotała Majka poprawiając swoją fioletową czuprynę (czyt. sprawiła, że była jeszcze bardziej rozczochrana).

- Och, dajcie mu spokój – zgromiła ich Lila – Nobody’s perferct, okej?

- Dziękuję, kochanie – Kowciu uśmiechnął się do lemurzycy po czym zdjął koc, którym zakrył swoje najnowsze dzieło – Oto Czasowo-Przestrzenny Przenośnik!

Maszyna wyglądała jak komputer z przymocowaną do niego dużą metalową obręczą owiniętą dwoma kablami, czerwonym i niebieskim. Została zrobiona z konsoli do gier, kalkulatora, iPoda otwartego na Google Maps i rybich ości. Dodatkowo, kable na obręczy wychodziły z dwóch fiolek z opalizującymi cieczami, a kończyły się szklanej kolbie okrągłodennej przyklejonej do obręczy.

- Dzięki temu cudowi techniki, będziemy mogli przenosić się do innych lokalizacji, ale także do innych epok – widząc niezrozumienie na twarzach swoich towarzyszy, naukowiec westchnął – Połączenie teleportera z wehikułem czasu.

- Aaaaa! – resztę olśniło.

- Dwie części fioletowej substancji i jedna część różowej- będziemy mogli przenosić się do dowolnej epoki – wyjaśnił Kowalski – Dwie części różowej i jedna fioletowej- natychmiast przeniesiemy się w inne miejsce na świecie, nie cierpiąc z powodu zmiany strefy czasowej. Pozwólcie, że zademonstruję. Wybieramy lokalizację, np. Poznań w Polsce… Ciecze się mieszają… I…

Wtedy z konsoli wystrzeliły iskry, które zaczęły topić drążki i przyciski, a Ipod zaczął dymić. Gdy substancje Kowalskiego się wymieszały, laboratorium zostało zalane tęczowym blaskiem. Wszyscy poczuli smród topiącego się plastiku.

16. Porwanie (tak, znowu)

Nadeszła jesień i liście zaczęły opadać z drzew. Kowalski wciąż tkwił bez ruchu w wannie i słuchał smętnych kawałków. Talib i Rico sprzeczali się w kwestiach destrukcji, co więcej, Terrorysta zaczął się kręcić wokół panny Perky.  Maja odpędzała się od Julka, który ciągle przysyłał jej czekoladki, wina i świecidełka, a także wciąż poszukiwał Jasamej, by pomścić włosy pingwinki. Szeregowy zaś latał to w jedną to w drugą stronę chcąc ratować jedność w drużynie.

Marlenka popadała w coraz większą depresję. Nie chciała jeść, więc Alice codziennie zabierała ją do weterynarza, który karmił wyderkę przy użyciu sondy (nie wiem czy zwierzętom można tak robić, a nie planuję kariery medycznej), co było dla Marleny dość nieprzyjemne.

Lila codziennie obserwowała wybieg pingwinów, mając nadzieję, że wypatrzy wysokiego komandosa, ale jej nadzieje były płonne. Na dodatek, gdy Julian akurat nie próbował dobierać się do Majki, dobierał się do Lilki.

 

Zbliżał się grudzień. Maja wyszła na miasto. Odkąd została dowódcą, wszystko się uspokoiło. Ani Hans, ani Bulgot, ani nawet szczury nie atakowali. Czy to moja wina?, zastanawiała się pingwinka, Może to znak od losu, że nie powinnam być liderem?

Nagle ktoś zatarasował dziewczynie drogę. To były dwa pingwiny i biały paw. Jeden pingwin miał jadowicie zielone oczy i był samicą. Drugi miał brązowe oczy i był mocno napakowany. Biały paw miał cybernetyczne prawe oko i metalową protezę lewego skrzydła z nożami imitującymi pióra. To on tu dowodził.

- Witam, panno Brownwood – paw uśmiechnął się szeroko. Maja wytrzeszczyła oczy.

- Wong?! – krzyknęła – Cholera jasna, ty żyjesz?!

- Mówiłem ci, skarbie. Jestem twardy – Wong poruszył mechanicznym skrzydłem. Pneumatyczne siłowniki zasyczały. Paw machnął na odlew protezą i rozciął ramię Maji. Krew chlapnęła na chodnik. Pingwinka krzyknęła z bólu. Napakowany pingwin unieruchomił jej skrzydła, a zielonooka wbiła w szyję komandoski strzykawkę z jakąś przeźroczystą cieczą. Gdy preparat znalazł się w żyłach Maji, dziewczyna straciła przytomność. Porywacze umknęli razem z ofiarą.

—————-

Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale nie miałam dostępu do kompa i na dodatek byłam chora, więc musiałam odrabiać zaległości.

Postanowiłam dokończyć ten wątek z porwaniem Maji, a potem zrobić coś nowego. Spokojnie wciąż będę pisać o Pingwinach, ale wprowadzę nowe, inne postacie. Lilę zostawię, bo zdążyłam polubić tę postać. Czasem będę wrzucać coś nie pingwinowego.

15. Złamane serca i nieszczęśliwe miłości

Marlenka

Kiedy usłyszałam o odejściu Skippera, kompletnie się załamałam. Weszłam do swojego mieszkania. Spojrzałam na wszystkie moje rzeczy. Tyle z nich przypominał mi o Skippie. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. Po prostu zaczęłam tłuc co popadnie. A gdy skończyłam oklapłam na łóżko i zaczęłam szlochać w poduszkę. To wszystko moja wina. Miałam ochotę się zabić…

 

Kowalski

Wwlokłem się do bazy. Zignorowałem zaniepokojone piski Szeregowego i skrzeki Rico. Pomaszerowałem prosto do łazienki, napuściłem sobie gorącej wody i wgramoliłem się do środka. Włączyłem smutną muzykę w radiu i zamknąłem oczy. Nie chciałem mieć żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym.

 

Lila

Nie mogłam przestać o nim myśleć. Był przystojny, miał piękne, szafirowe oczy, w których tlił się inteligentny błysk. Ale ktoś mi powiedział, że Kowalski jest z delfinicą o imieniu Doris. Widziałam ją i… nie mam żadnych szans. Nie jestem taka ładna. Ba, ja nawet pływać nie umiem! Dlaczego, gdy już wypatrzę sobie przyzwoitego chłopaka, to okazuje się, że jest już zajęty. Dlaczego nie mogę być szczęśliwa?!

——————————–

Cześć, tu Eris Nui. Pewnie zauważyliście, że skasowałam kilka rozdziałów. Postanowiłam nieco przybliżyć znajomość Lilki i Kowalskiego, a także przyspieszyć powrót Skippera. Przepraszam, że ta notka jest krótka, po prostu nie mam weny. Mam nadzieję, że nie wyszło jak fragment Zmierzchu. Jeśli ktoś miałby jakieś pomysły co do ciągu dalszego, to proszę napiszcie mi o nich.